Moja historia,

czyli o tym jak słuchać siebie i podążać swoją drogą…

Nieco pokręcony post o tym, jak znalazłam się w tym miejscu, w którym jestem…

Nie wiem, jak Ty, ale ja bardzo lubię historie. Najbardziej te prawdziwe, o ludziach, miejscach, wydarzeniach. Lubię jeszcze historie zupełnie wymyślone, szalone, ze świata wyobraźni, ale o tych innym razem.

To będzie prawdziwa historia i z wszystkich mi najbliższa, bo moja własna. Historia mojej ścieżki zawodowej. Nie, nie zniechęcaj się – nie wrzucę tu cv. Ale jeśli gdzieś w tych przestrzeniach świata realnego lub co bardziej prawdopodobne, wirtualnego, spotkałaś mnie, to być może będzie ona dla Ciebie uzupełnieniem… A może znajdziesz tam fragmenty opowieści o sobie…

Odkąd pamiętam pomagałam

Zaczęło się gdzieś w połowie podstawówki od kwestii edukacyjnych. Zwykle miałam misję i nie bardzo chciałam dawać odpisywać zadania na przerwach, za to z chęcią tłumaczyłam, naprowadzałam i poprawiałam. I byli tacy, którzy z tego chętnie korzystali. Na przykład Beata, której pomagałam w pisaniu wypracowań, za co dostawałam ciacha z cukierni, w której pracowała jej mama. I Jadzia, Agnieszka, Ela, Ula, Małgosia… I Monika, której historii nigdy nie poznałam, a która uświadomiła mi, że są domy dziecka i dzieci, które mają nie za fajne dzieciństwo. A potem jakoś tak naturalnie i delikatnie obok mnie pojawiały się osoby zagubione, zranione, skłócone z rodzicami i z całym światem, wpadające w uzależnienia. Pomaganie rozgościło się w moim życiu na dobre, więc gdy przyszło wybierać kierunek studiów, wybór był oczywisty: weterynaria, medycyna (a dokładnie neurochirurgia) albo psychologia 🙂 A że przedmioty ścisłe nigdy nie były moją mocną stroną i pewnie z kilku innych jeszcze powodów, wybrałam psychologię. Po prostu chciałam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi…

O co w tym wszystkim chodzi?

Psychologia

Najpierw to była miłość od pierwszego wysłuchania, przeczytania, wypróbowania (to były czasy sprzed internetu). Potem ogromne pragnienie działania – w końcu to pomaganie, uzdrawianie, uszczęśliwianie było moim celem. Bo skoro już teraz tyle wiedziałam o przyczynach, mechanizmach, zasadach działania ludzkiej psychiki, o metodach pracy i możliwościach zmian, to mogłam wyruszyć zbawiać świat. Praca magisterska z mechanizmów obronnych ego to było pierwsze większe zderzenie z etykietowaniem i szufladkowaniem – wszak trzeba było dokładnie zdefiniować grupę badaną i grupę kontrolną. Grube stosy testów osobowościowych, testów badających poziom lęku, nasilenia stresu, sposobów rozwiązywania trudności, radzenia sobie w różnych sytuacjach życiowych, które miały jednostkowe, subiektywne życie przełożyć na język liczb, na suche, bezosobowe dane statystyczne. A to przecież były historie ponad 50 wspaniałych, wyjątkowych, niepowtarzalnych osób. Takie naukowe podejście było dalekie od moich ideałów i chociaż praca miała świetne recenzje a na obronie zaproponowano mi pozostanie na uczelni, czułam, że to zdecydowanie nie moja bajka. A poza tym mój cel był bardzo konkretny – pomaganie ludziom.

Pierwsza praca

Z wielkim entuzjazmem trafiłam zaraz po studiach do swojej pierwszej prawdziwej pracy. Mocne zderzenie ideałów z rzeczywistością – szpital psychiatryczny, trudny oddział zamknięty dla przewlekle chorych kobiet. Najcięższy kaliber. Ojjj… Nie było tam miejsca na psychoterapię, nawet w najmniejszym wymiarze – tak mi się wtedy wydawało, ale przecież głowę miałam nabitą opisami tysięcy przypadków, poznałam tyle cudownych technik terapeutycznych. Naprawdę wierzyłam, że znajdzie się sposób na każdego „demona”. I kiedy prawie w podskokach szłam na pierwsze dla mnie spotkanie prawdziwej grupy terapeutycznej, a polegało ono na wspólnym śpiewaniu pieśni religijnych, czułam ogromne rozczarowanie. To tak ma wyglądać moja praca? Wtedy jeszcze nie czułam takich subtelności jak wspólna płaszczyzna porozumienia, stwarzanie bezpiecznej przestrzeni, podążanie za pacjentem. To zrozumienie przyszło później. Długo tam nie wytrzymałam. Plus testy, jeśli pacjent jest w stanie je wykonać, plus obchody, które co rano zaczynały się w ogromnej sali z zasikanymi łóżkami, kobietami przywiązanymi pasami do łóżek, albo wyglądających jak zombie zupełnie otumanionych lekami, z toaletami w postaci dziur w podłodze… Elektrowstrząsy jako metoda leczenia… Tak, doznałam szoku. Oczywiście były też pacjentki, które wychodziły z tego najcięższego stanu i praca z nimi polegała głównie na słuchaniu i powtarzaniu, jak ważne jest systematyczne zażywanie leków i kontrolne wizyty u psychiatry. To była dla mnie ogromna lekcja pokory. I nauka na całe życie: moja praca nie ma polegać na tym, żeby wybrane przeze mnie metody i wizje wprowadzać na siłę w życie, tylko na tym, żeby z uwagą, miłością, ciekawością podążać za tym, co się pojawia. I ramach tego i w tym, podejmować działania. To nie teatr szkolny, w którym reżyserowałam przedstawienia, a jeżeli już to na pewno nie ma tutaj gotowych scenariuszy.

Moja praca nie ma polegać na tym, żeby wybrane przeze mnie metody i wizje wprowadzać na siłę w życie, tylko na tym, żeby z uwagą, miłością, ciekawością podążać za tym, co się pojawia. I ramach tego i w tym, podejmować działania.

Dzieci

A potem pojawiły się moje własne dzieci a razem z nimi otworzył się w moim życiu, także zawodowym, cały wielki wątek rodzinny. Fascynacja tworzeniem więzi, relacją matka-dziecko, jej podstawą do budowania wszystkich bliskich związków w życiu, siła przekazów międzypokoleniowych. Przyszła też pora na przepracowanie swoich własnych wzorców we własnej psychoterapii.

To był też intensywny czas czterech lat studiów psychoterapeutycznych.

Krótki romans z nauką na rozpoczętych, lecz porzuconych studiach doktoranckich o więzi właśnie.

I ponad dziesięcioletnia praca z tematem dzieci porzuconych, zaniedbywanych, zranionych, adoptowanych, z macierzyństwem we wszystkich jego odmianach, od tego wymarzonego, ale nieosiągalnego, przez spełnione do będącego ciężarem nie do udźwignięcia. Dwa światy: szczęśliwych, kochających rodzin i rodzin pełnych bólu, cierpiących, uwikłanych, pokaleczonych, nazywanych przez system dysfunkcyjnymi, albo patologicznymi.

Praca w tych dwóch światach to było ogromne wyzwanie i możliwość poznania całej ogromnej rozpiętości i złożoności ludzkich relacji, subtelnych ich odcieni i całego kolorytu, bo przecież życie nie jest ani białe ani czarne, ani nawet szare. Odpowiadanie sobie każdego dnia na pytanie, co to znaczy być dobrym rodzicem… I praca w tak przeróżnych formach: sesje indywidualne, sesje par, rodzinne, z dziećmi, z młodzieżą, szkolenia, grupy wsparcia, nawet doświadczenie samej jak to jest być mamą zastępczą przez kilka pierwszych miesięcy życia dziecka i być dla niego całym światem, choć moim dzieckiem przecież nie jest – ogrom, ogrom doświadczeń.

Możliwość poznania całej ogromnej rozpiętości i złożoności ludzkich relacji, subtelnych odcieni i całego kolorytu, bo przecież życie nie jest ani białe ani czarne, ani nawet szare.

I odpowiedzialność, bo przyszło mi kierować zespołem ludzi i podejmować czasem bardzo trudne decyzje…

Kiedy odchodzę od pomagania zaczynam gubić siebie…

Przekonałam się o tym przez kolejne lata. Bo przecież wszystko układało się tak ładnie – ciekawa, rozwijająca praca, gabinet psychoterapeutyczny, prestiż stanowiska. A jednak… Przegrzałam styki… Za bardzo angażowałam się w działania, które pomaganiem nie były. Przyszło wypalenie… Skąd o tym wiedziałam? Odpoczynek nie pomagał, ciało zaczęło krzyczeć coraz częstszymi i coraz dłuższymi bólami głowy, ale tym, co przesądziło o konieczności odejścia, był cynizm, który wdarł się w moje myślenie w (o) pracy. Nie pomagała superwizja. Z bólem głowy można sobie poradzić, ze zmęczeniem też, ale cynizm właśnie w tamtym miejscu, z takimi tematami, zadecydował o odejściu…

Potrzebowałam odpocząć… Nie wiedziałam jak długo to potrwa i co będzie potem… Zająć się zupełnie czym innym… Niepomaganiem… Nie, dopóki tkwię w takim stanie wiary a raczej niewiary… Ze wsparciem rodziny zrobiłam to… I z tej chwili zrobiło się kilka lat. Poszłam w stronę artystyczno-rękodzielniczą, bo te wątki też od zawsze mi towarzyszyły i przyciągały… I coś co miało być odpoczynkiem i na chwilę, zajęło trochę więcej czasu… Skończyłam kolejną szkołę, tym razem artystyczną…

Wracaj na swoją drogę Kobieto

Mój niespokojny duch, nie pozwolił mi jednak na tym poprzestać, a życie wysyłało sygnały, które ignorowałam. I ten głos gdzieś w środku, niby mój, a jakby nie mój: Twoim przeznaczeniem jest pomagać, pomagać leczyć rany, rozwiązywać supełki życia. A skoro nie chciałam słuchać ot tak zwyczajnie, musiało się coś wydarzyć, co wstrząśnie mną i ryknie głośno. I tym Czymś było spotkanie ze śmiercią, która któregoś jesiennego dnia nad ranem weszła do naszego domu. Na szczęście tylko na chwilę, na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale kiedy już raz przyjdzie, to możesz albo wypchać ją za drzwi, wyzwać od nieproszonych gości, albo udawać że nic się nie stało i żyć jak do tej pory, albo zrobić jej miejsce w swoim życiu, odbywać przyjacielskie pogawędki o tym, co ważne, czasem nawet się konsultować i coraz bardziej godzić się na jej nieuchronność. Wybrałam ten trzeci scenariusz. Tak, to brzmi nieco dziwacznie, ale to spotkanie ze śmiercią przywróciło mnie życiu, obudziło z letargu i przypomniało po co tu jestem.

Spotkanie ze śmiercią przywróciło mnie życiu, obudziło z letargu i przypomniało po co tu jestem.

Tu i teraz

I zaczął się kolejny etap mojego życia. Nie napiszę zawodowego, bo u mnie, jak się pewnie zorientowałaś, nitki prywatne i zawodowe wyplatają jedną tkaninę. Etap poszukiwań tego, czego brakowało mi wcześniej w pomaganiu. Duszy. Słów i melodii tych pieśni, które 25 lat temu, tak bardzo nie pasowały do idealistycznej, świeżej, naiwnej wizji pracy psychologa – psychoterapeuty. Zatoczyłam koło? Wszystko jest cykliczne, więc pewnie tak. Nasza ziemska podróż nie jest przecież linearna, przypomina bardziej rozciągniętą między punktem narodzin a śmierci, sprężynę.

Nasza ziemska podróż nie jest przecież linearna, przypomina bardziej rozciągniętą między punktem narodzin a śmierci, sprężynę.

Gdzie szukałam? W naturze, w szamanizmie, z naukach tradycyjnych kultur, w psychologii Jungowskiej, sile archetypów i wyobraźni, mądrości żywiołów, w kręgach kobiet. W spotkaniach dziesiątków cudownych, mądrych osób, które poznałam na swojej drodze. I wszystkie te wątki spotkały się w którymś momencie w soul coachingu, który zaczarował mnie swoim podejściem integrującym wszystko, co według mnie ważne w pracy z drugim człowiekiem. Więc nauczyłam się i tego. Przepuściłam przez swoje serce, przez swój umysł. To było brakujące ogniwo. Czuję się we właściwym miejscu.

Podsumowanie?

Każdy etap zakończony dyplomem? Nigdy nawet nie myślałam w ten sposób, ale wygląda na to, że każdy rozdział mojej opowieści ma kilka powtarzalnych etapów: intuicja, poszukiwania, intensywna nauka, doświadczanie na sobie, certyfikat, praktykowanie, pomaganie.

Intuicja, poszukiwanie, intensywna nauka, doświadczanie na sobie, certyfikat, praktykowanie, pomaganie.

To koniec tej opowieści. Albo bardziej włączenie przycisku pauza, bo mam nadzieję, że to i jej początek. Pomyślałam, że ta opowieść może być dla Ciebie pomocna. W Twoich własnych podsumowaniach, poszukiwaniach, refleksjach. I w tym, jak ważne jest słuchanie siebie.

A jeśli chcesz się podzielić swoją opowieścią – jestem 🙂

kontakt@sylwiacichocinska.pl

Pozdrawiam

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *